BIEGANIE

Browsing category

Bieganie z wózkiem – pięć plusów + wyniki badań

  • Siła!

Nie ma to tamto, niby ze sprawnością ogólną u mnie krucho, ale wybaczcie – pchaj przed sobą 20-30 kg a nie pchaj. Jest różnica? Jest. Po „odpięciu” wózka od biegacza masz wrażenie, że biegniesz ciągle z górki, mimo, że biegniesz po płaskim. Więc nie wmawiajcie mi, że cienko u mnie z siłą 😉 Bieganie z wózkiem daje moc.

  • Bieganie z wózkiem 2w1

Narodziny bobasa wcale nie oznaczają pożegnania ze swoimi pasjami! Oczywiście jest trudniej o nie dbać, ale dla chcącego nic trudnego 😉 Zakup wózka X-Run, którego prywatnie jestem fanką, to idealne rozwiązanie dla biegających rodziców (tu recenzja: X-Run). Dla mnie ten sprzęt właśnie jest obecnie najbardziej wartościowy ze wszystkich biegowych. Leoś śpi słodko w wózku, dodatkowo na świeżym powietrzu, a ja zasuwam treningowo z myślą o Koronie Maratonów. Czas na wyznanie: nie chadzam z nim na spacery. Nie potrafię chodzić na spacery. Duszę się, nudzę, nie czuję sensu. Wolę zrobić trening z wózkiem w czasie jego drzemki, a potem rozłożyć kocyk w parku i zakończyć bieganie wygłupami na trawie, o. Natomiast nasza niania sobie chwali. I zalicza wszystkie okoliczne błotka razem ze śniegiem „no w końcu mogę zimą chodzić na spacery z dzieckiem” – mawia.

  • Łobuz

Tak. Jest to mój sposób na łobuza. Kiedy młodzieniec zaczyna chodzić po ścianach, nie bawi go ani wyginająca się przed nim matka, ani klocki, ani możliwość porysowania pożyczonymi w ukryciu pisakami starszej siostry – wsadzam delikwenta do naszego X-Run, zapinam pięciopunktowe pasy i heja! Marudzenie znika jak ręką odjął. Zestaw bodźców w postaci wiatru we włosach, możliwości rozglądania się na boki, szczekających kundelków w parku i szybkości sprawia, że z diabła (wybaczcie) znów robi się anioł.

Bieganie z wózkiem

  • Skowronek

Z Leonem wychodzi mi to gorzej, ale przy jednym dziecku działało. Wózek biegowy był wspaniałym sposobem na poskromienie rannego ptaszka. Pola budziła się o szóstej, czy siódmej godzinie i zamiast skakać pieluchą po twarzy zaspanego tatusia wysiadywała w joggerze. Wsadzałam ją do wózka i biegłyśmy w trybie na pół-śpiocha do parku. Tata mógł się wyspać po nocnym dyżurze, a ja miałam trening z grzywki. I płaczące dziecko.

  • Redukcja

To, że budujemy siłę to wiemy. Ale według najnowszych badań naukowców z Seattle Pacific University wynika, że podczas treningu z dzieckiem spalamy więcej kalorii niż podczas zwykłego biegu. Ha! Naukowcy zbadali również różnicę między metodami trzymania wózka – używając dwóch rąk i jednej ręki. Wszystkie metody wykazały zmniejszenie szybkości i długości kroku w porównaniu do biegania samemu, co oczywiście oznacza, że musimy włożyć więcej energii w bieg, aby móc utrzymać założone tempo. Więcej spalonej energii = mniej w pasie, hej!

Bądź ze mną na:

mamaratonka-facebookmamaratonka-instagram

Relacja z Maratonu Wrocławskiego. Wreszcie zmądrzałam.

Za siedmioma lasami, za siedmioma maratonami – tak powinien zaczynać się ten tekst. Trzy lata i siedem maratonów musiało minąć, aby pierwszy raz dobrze przebiec te 42 195 metrów. 3 godziny 51 minut – jest życiówka. I jest duma. Taka dojrzała.

Piątek…

Najważniejsza noc przed maratonem to ta na dwa dni przed, czyli jeśli maraton biegniemy zazwyczaj w niedzielę, musimy się wyspać w nocy z piątku na sobotę. Tak się składało, że kończyliśmy trzydniówkę Leona. Tego paskudnego wirusa z 40 st C na busoli i wysypką jakoś opanowaliśmy. Nie opanowaliśmy natomiast tego, że w piątek około godz. 22:00 wylądujemy z Leonem w szpitalu. Tzw. „podejrzenie, które musimy natychmiast wykluczyć” okazało się na całe szczęście fałszywym alarmem. Został ze mnie wrak emocjonalny, ale szczęśliwy, że z Leosiem wszystko w porządalu. Około 23.30 zameldowałam się u Dagi, która użyczyła mi swej kanapy. Ciurkiem przespane cztery i pół godziny lepiej zadziała niż pięć godzin z czterema pobudkami Leona. Tyle właśnie ich naliczył Maciej pełniąc rodzicielski, nocny dyżur w domu. Pobudka o godz. 5.30, bo o 8.00 startował pełny maratończyków samolot do Wrocławia. Daga, Tom, dzięki za nocleg!

Sobota…

Pizza, pakiety i… spać. Spałam, spałam i spałam. W ciągu dnia, w nocy chyba z dziewięć godzin – to była pierwsza życiówka tego weekendu. Dziewięć godzin snu. DZIEWIĘć! To jest to. Poczułam, że żyję. Oprócz tego mocno dyskutowałam z Kamilem-trenerem na temat strategii biegu, przebierałam się w stroje startowe od Dagi, planowałam kolory opasek kompresyjnych i skrupulatnie układałam maratońską playlistę. To był cały maratoński dzień. Mój wspaniały dzień. Wreszcie poczułam, że jutro biegnę wyczekany maraton.

Niedziela…

W drodze na start spotykamy… Halinkę! To czytelniczka bloga, a teraz już moja kumpelka. Pierwszy raz zobaczyłyśmy się przypadkiem przed maratonem w Poznaniu, a teraz w drodze na start we Wrocławiu na środku… ulicy. Halinka „spontanicznie” połamała cztery godziny w maratonie, pocisnęła. Przed startem kokietowała, że chce pobiec na 4h 15 min. Diablica. Ustawiamy się w strefach, serwujemy sobie kopniaki na szczęście, pamiątkowe foto i boom. Wystartowaliśmy. Byłam skupiona od samego początku. Nie szarpałam, nie panikowałam, nie skupiałam się na bólu, nie rozglądałam na boki. Pełen focus. Ja i moje międzyczasy. Pełna profeska, zadaniowe podejście do dystansu. Kilometr za kilometrem powtarzałam w głowie moje zadania: trzymać tempo, dobra postawa, luźna góra, głęboki oddech, spokój i oszczędny krok – nie wybijać się jak kózka. W końcu w maratonie każda kilokaloria ma znaczenie. Strategicznie, aby nie myśleć o niebieskich migdałach, ustawiłam zegarek na pomiar tempa co 500 metrów. I to naprawdę poskutkowało…

Duma!

Tak, duma pełną piersią. Po części dlatego, bo jest życiówka, ale przede wszystkim dlatego, bo to był pierwszy maraton, którego ja chwyciłam za jaj… za nogi, a nie on mnie. Pełne skupienie, równe tempo, którego nie udało się utrzymać do końca, ale szczęśliwie miałam siłę, aby ostatnie 300 metrów przebiec w tempie 4’58”. Na finiszu mnie poniosło. Czasowo nie miało to znaczenia, jednak miało znaczenie dla mojej głowy. Udowodniłam samej sobie, że mam jeszcze trochę pary w nogach. To był mój pierwszy, mądry maraton. Odliczam dni do Dębna.

Recenzja słuchawek Trekz AfterShokz, przewodzących muzykę przez… kości?

„Słuchaj, słyszałaś o słuchawkach Trekz AfterShokz, które przewodzą dźwięk przez kość policzkową? Słuchasz muzyki, ale jednocześnie słyszysz, co się dzieje wokół ciebie!”. Choć z fizyki nie byłam prymusem, ale ta krótka historia o innowacyjnych słuchawkach Trekz firmy AfterShokz mnie zaintrygowała. Dzisiaj jestem po pierwszych dwóch miesiącach testowania słuchawek. Poniżej znajdziecie recenzję i moje przemyślenia.

Oto mój plan treningowy na miesiąc przed maratonem by Kamil Kalka.

Jak obiecałam – prezentuję mój plan treningowy na miesiąc przed maratonem. Każdy rozpisany przez Kamila miesiąc biegania przyjmuję z rumieńcami na twarzy jakbym czytała menu na własnym weselu 😉 Podskoczyłam nie widząc w nim długich wybiegań. Jest szybko. I taki też będzie ten post – krótko, jasno i na temat z wyjaśnieniem Kamila, jakie cele mają poszczególne treningi. Enjoy!

Nasz wózek biegowy, czyli sprzęt Leona pod lupą.

Za każdym razem, kiedy poszukiwałam wózka biegowego miałam rumieńce, mniej więcej takie jak w czasie, kiedy zapisywałam się na pierwszy maraton. Nie ma bardziej wzruszającego sprzętu biegowego jak właśnie wózki: pasja i miłość życia w jednym = podwójna radość! Tak właśnie wyglądają treningi z wózkiem biegowym. Poznajcie bliżej sprzęt Leona – X-landera X-Run, który jest z nami od 4. miesiąca ciąży z Leosiem!

Bieganie po plaży od A do Z

Zaczynasz biec po plaży, brzegiem morza, czujesz wiatr we włosach i zastanawiasz się, czy aby z zaplanowanej piątki, nie zrobić wybiegania 20+? Piękno polskiej plaży uwodzi… Na co jednak uważać, żeby nadmorski urlop nie skończył się urlopem od… biegania?

Jak stać się rannym ptaszkiem, czyli 7 patentów na poranne treningi

Dam sobie ręką odciąć, że jako rodzice, doskonale znacie życiową żonglerkę garnkami, szmatką do kurzu, partnerem, kosmetykami, szefem, blenderem, bio marchewką, mailami, hulajnogą, pampersami, dzieckiem, odciągaczem do kataru, chrupkiem, wózkiem i stertą ciuchów z etykietą „już jutro na pewno je ułożę”. Zdradzę Wam mój sposób na wciśnięcie do tej listy trenowania: biegaj skoro świt!

Dlaczego chcę rzucić maraton?

Przeklinam dzień, kiedy wpadłam na pomysł, żeby blog miał w nazwie słowo „maraton”. Ghhh. Ostatnie moje treningi, o ile w ogóle do nich dochodzi, są bardzo pod górkę. I tego cholernego gradientu nie potrafię wyzerować. Wierzcie mi – tu nie chodzi o brak wewnętrznej determinacji. Tu chodzi o moje życie. Życie na gradiencie.