Wrzesień 2017

Monthly Archives

Różnice pomiędzy pierwszym a drugim dzieckiem #NaWesoło

1) Zęby

Kiedy Pola ząbkowała, robiłam jej zdjęcia w trybie makro dziąseł wysyłając do rodziny z zapytaniem „Czy to już?!” i czy przez spuchnięte dziąsła widzą (tak jak i ja) kawałek zęba. Kiedy go w końcu zobaczyliśmy, chwytając się za rękę, uroniliśmy łzę. Natomiast kiedy Leoś zaczął ząbkować… przewróciłam oczyma sprawdzając szybko, czy maść na dziąsła po Poli nie straciła daty przydatności.

2) Prasowanie

Pola miała wyprasowane tetry, bodziaki, śpiochy, kocyczki, pajacyki, koszulki, pościelki, spodenki, rajstopki, majtaski… To było takie naturalne. Wszak wysoka temperatura zabija bakterie i drobnoustroje. Leon? A dałam mu spokój. Kawał z niego faceta, pognieciona tetra z bakterią go nie zabije. Kiedy wspominam prasowanie za czasów małej Poli, aż nie mogę się nadziwić. Matka idealna, ech.

3) Koleżanki

„Aaa… Heh. No tak, ty jeszcze wszystko prasujesz…?” – skomentowała koleżanka-matka dwójki, dzwoniąc do zajętej prasowaniem mnie. „Bezczelna” – pomyślałam jako matka jednego dziecka, utwierdzając się w przekonaniu, że to prasowanie, pranie, idealny porządek to wynik mojej doskonałej organizacji. Och jak bardzo się myliłam… Dzisiaj, jako matka dwójki, dzwoniąc do pojedynczej matki prasującej, pomyślałabym dokładnie tak samo.

4) Zapytania

„Powiedz, w którym tygodniu zaczęłaś wprowadzać jajko? Jak to nie pamiętasz? Yhym, yhym… A jaką matę edukacyjną polecasz? Leon nie ma maty?! Na jak długo wychodziłaś na spacer w okresie jesienno-zimowym? Yhym… Nie pamiętasz. W takim razie co doradzała lekarka? Przezierność! Pamiętasz ile dokładnie miała Pola… Oj… A Leon… chociaż?” I masa innych zapytań, które wprawiają mnie w poczucie „jesteś złą matką” w miksie z „serio, zadałaś to pytanie?”. Natomiast pytające pojedyncze matki utwierdzają się w przekonaniu, że „jest złą matką i to złą matką dwójki dzieci”. O ironio. #MnieZawszeŚmieszy

5) Kontrola

Z jedyną Polą na pokładzie wszystko miałam pod kontrolą. Śniadanka, prasowanie, ułożone w kostkę tetry, poukładane zabawki, a książeczki dobrane wielkością na półce. Pamiętam ten dzień po narodzinach Leona, kiedy straciłam kontrolę. Stałam w kuchni frustrując się, że jest niedziela, godz. 9.00, a całe to mini zoo zamiast siedzieć przy stole biega jeszcze w piżamach. Fuknęłam. I dostałam reprymendę od… pierworodnej: „Mamusia, nieładnie się zachowujesz. Do kąta!”. Z Leonem jedziemy na freestyle’u i jest… jak jest. Czyli najlepiej.

6) Żal

Kiedyś najchętniej uruchomiłabym kamerę z noktowizorem nad łóżkiem Poli, aby obserwować czy odpowiednio się rozwija, czy lewa noga rośnie tak samo szybko jak prawa, czy przypadkiem nie wyrasta jej jedenasty palec. Wspomniane zęby, pierwsze „mama”, pierwszy przewrót na brzuszek, uniesienie głowy, pierwsze ulanie. Zacieraliśmy z Maciejem rączki otwierając wieczorem naszą biblię typu „przewodnik po dziecku”, aby sprawdzić co czeka nas w przyszłym tygodniu w temacie rozwoju pierworodnej. Czasami z dumą komentowaliśmy, że u nas podnoszenie czegoś-tam zadziało się już w 12 tygodniu, czwartym dniu i siódmej godzinie życia. Obecnie z Leonem mamy żal. Każdy nowy ząbek, loczek i widok kolejnego za małego bodziaka sprawiają, że jest nam tak bardzo przykro… Tak bardzo żal, że ten czas tak leci… Uspokoiliśmy się, nie pędzimy w rodzicielstwie. Łapiemy chwile i nie puszczamy… Łapcie i Wy swoje chwile i rozkoszujcie się nimi jak tylko możecie <3

Bądź ze mną na:

mamaratonka-facebookmamaratonka-instagram

Relacja z Maratonu Wrocławskiego. Wreszcie zmądrzałam.

Za siedmioma lasami, za siedmioma maratonami – tak powinien zaczynać się ten tekst. Trzy lata i siedem maratonów musiało minąć, aby pierwszy raz dobrze przebiec te 42 195 metrów. 3 godziny 51 minut – jest życiówka. I jest duma. Taka dojrzała.

Piątek…

Najważniejsza noc przed maratonem to ta na dwa dni przed, czyli jeśli maraton biegniemy zazwyczaj w niedzielę, musimy się wyspać w nocy z piątku na sobotę. Tak się składało, że kończyliśmy trzydniówkę Leona. Tego paskudnego wirusa z 40 st C na busoli i wysypką jakoś opanowaliśmy. Nie opanowaliśmy natomiast tego, że w piątek około godz. 22:00 wylądujemy z Leonem w szpitalu. Tzw. „podejrzenie, które musimy natychmiast wykluczyć” okazało się na całe szczęście fałszywym alarmem. Został ze mnie wrak emocjonalny, ale szczęśliwy, że z Leosiem wszystko w porządalu. Około 23.30 zameldowałam się u Dagi, która użyczyła mi swej kanapy. Ciurkiem przespane cztery i pół godziny lepiej zadziała niż pięć godzin z czterema pobudkami Leona. Tyle właśnie ich naliczył Maciej pełniąc rodzicielski, nocny dyżur w domu. Pobudka o godz. 5.30, bo o 8.00 startował pełny maratończyków samolot do Wrocławia. Daga, Tom, dzięki za nocleg!

Sobota…

Pizza, pakiety i… spać. Spałam, spałam i spałam. W ciągu dnia, w nocy chyba z dziewięć godzin – to była pierwsza życiówka tego weekendu. Dziewięć godzin snu. DZIEWIĘć! To jest to. Poczułam, że żyję. Oprócz tego mocno dyskutowałam z Kamilem-trenerem na temat strategii biegu, przebierałam się w stroje startowe od Dagi, planowałam kolory opasek kompresyjnych i skrupulatnie układałam maratońską playlistę. To był cały maratoński dzień. Mój wspaniały dzień. Wreszcie poczułam, że jutro biegnę wyczekany maraton.

Niedziela…

W drodze na start spotykamy… Halinkę! To czytelniczka bloga, a teraz już moja kumpelka. Pierwszy raz zobaczyłyśmy się przypadkiem przed maratonem w Poznaniu, a teraz w drodze na start we Wrocławiu na środku… ulicy. Halinka „spontanicznie” połamała cztery godziny w maratonie, pocisnęła. Przed startem kokietowała, że chce pobiec na 4h 15 min. Diablica. Ustawiamy się w strefach, serwujemy sobie kopniaki na szczęście, pamiątkowe foto i boom. Wystartowaliśmy. Byłam skupiona od samego początku. Nie szarpałam, nie panikowałam, nie skupiałam się na bólu, nie rozglądałam na boki. Pełen focus. Ja i moje międzyczasy. Pełna profeska, zadaniowe podejście do dystansu. Kilometr za kilometrem powtarzałam w głowie moje zadania: trzymać tempo, dobra postawa, luźna góra, głęboki oddech, spokój i oszczędny krok – nie wybijać się jak kózka. W końcu w maratonie każda kilokaloria ma znaczenie. Strategicznie, aby nie myśleć o niebieskich migdałach, ustawiłam zegarek na pomiar tempa co 500 metrów. I to naprawdę poskutkowało…

Duma!

Tak, duma pełną piersią. Po części dlatego, bo jest życiówka, ale przede wszystkim dlatego, bo to był pierwszy maraton, którego ja chwyciłam za jaj… za nogi, a nie on mnie. Pełne skupienie, równe tempo, którego nie udało się utrzymać do końca, ale szczęśliwie miałam siłę, aby ostatnie 300 metrów przebiec w tempie 4’58”. Na finiszu mnie poniosło. Czasowo nie miało to znaczenia, jednak miało znaczenie dla mojej głowy. Udowodniłam samej sobie, że mam jeszcze trochę pary w nogach. To był mój pierwszy, mądry maraton. Odliczam dni do Dębna.

Dieta biegacza: dip z fasoli i rukoli

Od lipca zmieniliśmy nasz jadłospis o 180 stopni. O tym będzie później, po maratonie. A teraz wrzucam szybko kolejny hit z serii „dieta biegacza” – dip do warzyw. To jedyna forma podania Poli rukoli. Wymiennie, zamiast dipu używamy także nazwy „pasta z żaby” – nazwa dobrze działa na przedszkolną target grupę, rechota się do rozpuku 😉 Czas wykonania, jak zwykle – krócej niż 15 min.