Wrzesień 2017

Monthly Archives

Bieganie z wózkiem – pięć plusów + wyniki badań

  • Siła!

Nie ma to tamto, niby ze sprawnością ogólną u mnie krucho, ale wybaczcie – pchaj przed sobą 20-30 kg a nie pchaj. Jest różnica? Jest. Po „odpięciu” wózka od biegacza masz wrażenie, że biegniesz ciągle z górki, mimo, że biegniesz po płaskim. Więc nie wmawiajcie mi, że cienko u mnie z siłą 😉 Bieganie z wózkiem daje moc.

  • Bieganie z wózkiem 2w1

Narodziny bobasa wcale nie oznaczają pożegnania ze swoimi pasjami! Oczywiście jest trudniej o nie dbać, ale dla chcącego nic trudnego 😉 Zakup wózka X-Run, którego prywatnie jestem fanką, to idealne rozwiązanie dla biegających rodziców (tu recenzja: X-Run). Dla mnie ten sprzęt właśnie jest obecnie najbardziej wartościowy ze wszystkich biegowych. Leoś śpi słodko w wózku, dodatkowo na świeżym powietrzu, a ja zasuwam treningowo z myślą o Koronie Maratonów. Czas na wyznanie: nie chadzam z nim na spacery. Nie potrafię chodzić na spacery. Duszę się, nudzę, nie czuję sensu. Wolę zrobić trening z wózkiem w czasie jego drzemki, a potem rozłożyć kocyk w parku i zakończyć bieganie wygłupami na trawie, o. Natomiast nasza niania sobie chwali. I zalicza wszystkie okoliczne błotka razem ze śniegiem „no w końcu mogę zimą chodzić na spacery z dzieckiem” – mawia.

  • Łobuz

Tak. Jest to mój sposób na łobuza. Kiedy młodzieniec zaczyna chodzić po ścianach, nie bawi go ani wyginająca się przed nim matka, ani klocki, ani możliwość porysowania pożyczonymi w ukryciu pisakami starszej siostry – wsadzam delikwenta do naszego X-Run, zapinam pięciopunktowe pasy i heja! Marudzenie znika jak ręką odjął. Zestaw bodźców w postaci wiatru we włosach, możliwości rozglądania się na boki, szczekających kundelków w parku i szybkości sprawia, że z diabła (wybaczcie) znów robi się anioł.

Bieganie z wózkiem

  • Skowronek

Z Leonem wychodzi mi to gorzej, ale przy jednym dziecku działało. Wózek biegowy był wspaniałym sposobem na poskromienie rannego ptaszka. Pola budziła się o szóstej, czy siódmej godzinie i zamiast skakać pieluchą po twarzy zaspanego tatusia wysiadywała w joggerze. Wsadzałam ją do wózka i biegłyśmy w trybie na pół-śpiocha do parku. Tata mógł się wyspać po nocnym dyżurze, a ja miałam trening z grzywki. I płaczące dziecko.

  • Redukcja

To, że budujemy siłę to wiemy. Ale według najnowszych badań naukowców z Seattle Pacific University wynika, że podczas treningu z dzieckiem spalamy więcej kalorii niż podczas zwykłego biegu. Ha! Naukowcy zbadali również różnicę między metodami trzymania wózka – używając dwóch rąk i jednej ręki. Wszystkie metody wykazały zmniejszenie szybkości i długości kroku w porównaniu do biegania samemu, co oczywiście oznacza, że musimy włożyć więcej energii w bieg, aby móc utrzymać założone tempo. Więcej spalonej energii = mniej w pasie, hej!

Bądź ze mną na:

mamaratonka-facebookmamaratonka-instagram

Różnice pomiędzy pierwszym a drugim dzieckiem #NaWesoło

„Czujesz różnicę po urodzeniu drugiego dziecka? Powiedz, w którym tygodniu zaczęłaś wprowadzać jajko? Jak to nie pamiętasz? Yhym, yhym… A jaką matę edukacyjną polecasz? Leon nie ma maty?! Na jak długo wychodziłaś na spacer w okresie jesienno-zimowym? Yhym… Nie pamiętasz. W takim razie co doradzała lekarka? Przezierność! Pamiętasz ile dokładnie miała Pola… Oj… A Leon… chociaż?” Oto różnice pomiędzy pierwszym a drugim dzieckiem #MnieZawszeŚmieszy

Relacja z Maratonu Wrocławskiego. Wreszcie zmądrzałam.

Za siedmioma lasami, za siedmioma maratonami – tak powinien zaczynać się ten tekst. Trzy lata i siedem maratonów musiało minąć, aby pierwszy raz dobrze przebiec te 42 195 metrów. 3 godziny 51 minut – jest życiówka. I jest duma. Taka dojrzała.

Piątek…

Najważniejsza noc przed maratonem to ta na dwa dni przed, czyli jeśli maraton biegniemy zazwyczaj w niedzielę, musimy się wyspać w nocy z piątku na sobotę. Tak się składało, że kończyliśmy trzydniówkę Leona. Tego paskudnego wirusa z 40 st C na busoli i wysypką jakoś opanowaliśmy. Nie opanowaliśmy natomiast tego, że w piątek około godz. 22:00 wylądujemy z Leonem w szpitalu. Tzw. „podejrzenie, które musimy natychmiast wykluczyć” okazało się na całe szczęście fałszywym alarmem. Został ze mnie wrak emocjonalny, ale szczęśliwy, że z Leosiem wszystko w porządalu. Około 23.30 zameldowałam się u Dagi, która użyczyła mi swej kanapy. Ciurkiem przespane cztery i pół godziny lepiej zadziała niż pięć godzin z czterema pobudkami Leona. Tyle właśnie ich naliczył Maciej pełniąc rodzicielski, nocny dyżur w domu. Pobudka o godz. 5.30, bo o 8.00 startował pełny maratończyków samolot do Wrocławia. Daga, Tom, dzięki za nocleg!

Sobota…

Pizza, pakiety i… spać. Spałam, spałam i spałam. W ciągu dnia, w nocy chyba z dziewięć godzin – to była pierwsza życiówka tego weekendu. Dziewięć godzin snu. DZIEWIĘć! To jest to. Poczułam, że żyję. Oprócz tego mocno dyskutowałam z Kamilem-trenerem na temat strategii biegu, przebierałam się w stroje startowe od Dagi, planowałam kolory opasek kompresyjnych i skrupulatnie układałam maratońską playlistę. To był cały maratoński dzień. Mój wspaniały dzień. Wreszcie poczułam, że jutro biegnę wyczekany maraton.

Niedziela…

W drodze na start spotykamy… Halinkę! To czytelniczka bloga, a teraz już moja kumpelka. Pierwszy raz zobaczyłyśmy się przypadkiem przed maratonem w Poznaniu, a teraz w drodze na start we Wrocławiu na środku… ulicy. Halinka „spontanicznie” połamała cztery godziny w maratonie, pocisnęła. Przed startem kokietowała, że chce pobiec na 4h 15 min. Diablica. Ustawiamy się w strefach, serwujemy sobie kopniaki na szczęście, pamiątkowe foto i boom. Wystartowaliśmy. Byłam skupiona od samego początku. Nie szarpałam, nie panikowałam, nie skupiałam się na bólu, nie rozglądałam na boki. Pełen focus. Ja i moje międzyczasy. Pełna profeska, zadaniowe podejście do dystansu. Kilometr za kilometrem powtarzałam w głowie moje zadania: trzymać tempo, dobra postawa, luźna góra, głęboki oddech, spokój i oszczędny krok – nie wybijać się jak kózka. W końcu w maratonie każda kilokaloria ma znaczenie. Strategicznie, aby nie myśleć o niebieskich migdałach, ustawiłam zegarek na pomiar tempa co 500 metrów. I to naprawdę poskutkowało…

Duma!

Tak, duma pełną piersią. Po części dlatego, bo jest życiówka, ale przede wszystkim dlatego, bo to był pierwszy maraton, którego ja chwyciłam za jaj… za nogi, a nie on mnie. Pełne skupienie, równe tempo, którego nie udało się utrzymać do końca, ale szczęśliwie miałam siłę, aby ostatnie 300 metrów przebiec w tempie 4’58”. Na finiszu mnie poniosło. Czasowo nie miało to znaczenia, jednak miało znaczenie dla mojej głowy. Udowodniłam samej sobie, że mam jeszcze trochę pary w nogach. To był mój pierwszy, mądry maraton. Odliczam dni do Dębna.

Dieta biegacza: dip z fasoli i rukoli

Od lipca zmieniliśmy nasz jadłospis o 180 stopni. O tym będzie później, po maratonie. A teraz wrzucam szybko kolejny hit z serii „dieta biegacza” – dip do warzyw. To jedyna forma podania Poli rukoli. Wymiennie, zamiast dipu używamy także nazwy „pasta z żaby” – nazwa dobrze działa na przedszkolną target grupę, rechota się do rozpuku 😉 Czas wykonania, jak zwykle – krócej niż 15 min.