Recenzja słuchawek Trekz AfterShokz, przewodzących muzykę przez… kości?

„Słuchaj, słyszałaś o słuchawkach Trekz AfterShokz, które przewodzą dźwięk przez kość policzkową? Słuchasz muzyki, ale jednocześnie słyszysz, co się dzieje wokół ciebie!”. Choć z fizyki nie byłam prymusem, ale ta krótka historia o innowacyjnych słuchawkach Trekz firmy AfterShokz mnie zaintrygowała. Dzisiaj jestem po pierwszych dwóch miesiącach testowania słuchawek. Poniżej znajdziecie recenzję i moje przemyślenia.

Czy jesteś biegowym zombie?

Przyznawać się, kto nie lubi założyć na głowę wielkie słuchawy czy też zatkać uszy słuchawkami dousznymi i mieć poczucie, że zamknęliśmy się przed całym światem? Ja też. Biegowi zombie są wśród nas i ja także często do nich należałam. Choć przyznam, że od pewnego czasu albo biegam z jedną słuchawką albo głośność mam ustawioną do minimum. Zwyczajnie się boję nie mieć kontaktu ze światem, po dłuższym wybieganiu zaczyna mnie boleć od słuchawek głowa, a poza tym martwię się o słuch, bo nie od dzisiaj wiemy, jak bardzo szkodliwe dla narządu słuchu są znane nam słuchawki douszne. Według badań przeprowadzonych przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu w Warszawie, na szumy uszne cierpi już 20 proc. Polaków, w tym ponad 200 tys. młodzieży w wieku szkolnym! Lekarze przewidują, że młodzież mająca problem ze słuchem mając ok. 20 lat, w wieku 40 lat będzie mieć słuch siedemdziesięciolatków… Dlatego tym bardziej zaintrygowała mnie historia o słuchawkach, które wykorzystują przewodnictwo kostne, omijając twoje, już sfatygowane, kanały słuchowe.

Safety first!

To nie będzie audiofilski test. To będzie kobiecy test praktyczny. I właśnie o tym napiszę już na początku tej recenzji. Zacznę od dramatu na trasie biegu. Historia, którą zaraz przybliżę, miała miejsce na około 400 metrów przed metą biegu Orlen Warsaw Marathon na 10 kilometrów w 2016 roku, dokładnie dwa tygodnie po narodzinach Leosia. Był to mój pierwszy tak długi bieg po porodzie. Umówiłam się z moją przyjaciółką na biegowy start-pogaduchę. I było wspaniale, aż do nieszczęsnego wydarzenia, 400 metrów przed metą. Nagle zobaczyłyśmy paniczną akcję ratowników przy trasie. Ratowali młodego mężczyznę, który zemdlał tuż przed metą. Pech chciał, że uderzył głową o asfalt… Ratownicy krzyczeli do siebie nawzajem „tracimy go, tracimy…!”. Słysząc to, razem z Olką, z którą biegłyśmy starałyśmy się pomóc, robiąc miejsce na trasie biegu dla karetki na sygnale. Ludzie zwyczajnie nie słyszeli, mając na uszach wielkie nauszniki. A my, przerażone tym co słyszałyśmy z ust ratowników, płakałyśmy krokodylimi łzami, wyobrażając sobie rodzinę, być może malutkie dzieci, które 400 metrów dalej, czekały na swojego tatę tuż przy mecie… Sami wyciągnijcie wnioski jak ważnym jest mieć kontakt ze światem, z tym, co się dzieje wokół Ciebie. Nie wspomnę o samotnych treningach w parku – wieczorem nie do pomyślenia, ale nawet nad ranem, w niedzielę jest niebezpiecznie – sama trafiałam kilka razy na przerażająco podejrzanych typów pod wpływem czegoś, co na pewno nie było imprezowym piwkiem… Nie ma się co dziwić, że po tych wydarzeniach byłam super ciekawa, czy ten innowacyjny sprzęt rzeczywiście będzie rozwiązaniem problemu „zombie”.

Przewodnictwo kostne

„Pfff… Czego ci marketingowcy nie wymyślą…” pomyślałam, słysząc zajawkę o AfterShokz. Jak się okazało, matka-ignorant ma braki w temacie wiedzy wojskowej. Ponoć technologia ta była znana już od kilkudziesięciu lat i stosowana w wojsku. Teraz, firma AfterShokz udostępnia rozwiązanie dla aktywnego Kowalskiego, choć najpierw dostęp do nich miał aktywny Smith, bo to firma amerykańska. Kolejna natrętna myśl: „Czy to się w ogóle będzie trzymać?” Gadżety bardzo lubię, przewodnictwo kostne brzmi ciekawie, ale szczerze wątpiłam, że cała ta instalacja będzie się trzymać na mojej głowie. Słuchajcie, żeby nie było – ten tekst nie jest sponsorowany. Ja zwyczajnie się w nich zakochałam po, nomen omen, uszy. Nie dość, że są bezkabelkowe (działają na Bluetooth), to jeszcze trzymają się na kości tak perfekcyjnie, że w ogóle ich nie czuć. W ogóle! Pałąk wykonany jest z tytanu, dzięki czemu nie odkształcają się i idealnie przylegają do czaszki. Biegałam, robiłam pajacyki i nic. Ba! Jako matka, lubiąca (kiedyś) dobrą i głośną muzykę – czasami noszę je nawet w domu, słucham muzyki, ale jednocześnie słyszę co się dzieje wokół mnie – dzięki czemu mogę zareagować, kiedy Leon goni Polę ze wszystkimi zębami na wierzchu z zamiarem ugryzienia siostry w pupę (tak, serio, jest wesoło). Każdorazowo przy włączeniu wita się z Tobą miła pani, co już dobrze nastraja cię do treningu, prosi Cię także o podłączenie słuchawek do ładowania (ładujesz micro USB, więc w dobie wszechobecnego micro-kabelka proces jest prosty, a bateria wystarcza na około 7 godzin). Poza tym z łatwością zmieniasz piosenki, robisz, głośniej, ciszej w przyciskach tuż za uchem. Do tego, jeśli słuchasz muzyki ze smartphone’a, w momencie jak ktoś do Ciebie zadzwoni jednym przyciskiem odbierasz rozmowę i swobodnie rozmawiasz. Ponoć wmontowali w słuchawki dwa mikrofony, które redukują szumy, a rozmówcy słyszą nas doskonale. Testem była rozmowa z Maciejem podczas wybiegania 20km+ brzegiem morza w pochmurny, dżdżysty i wietrzny dzień – po tym treningu rozkochałam się w nich kompletnie. Cały zestaw zawiera estetyczny worek do przechowywania słuchawek, kabel do ładowania, a także wygodne zatyczki, jeśli chcielibyśmy jednak odizolować się od świata – po włożeniu zatyczek do uszu, nałożeniu słuchawek i naciśnięciu przycisków razem, zmieni się ustawienie equalizera, a dźwięk przy zatkanych uszach będzie jeszcze przyjemniejszy. Aaa! I na wyświetlaczu smartfona widać poziom naładowania baterii słuchawek! Cena, cóż… Ok. 400/500 PLN – wysoka, ale serio, po testach wiem, że są jej warte… Traktuję ten wydatek jako sprzęt typu zegarek z GPS.

Słuchawki Trekz Titanium Mini firmy AfterShokz znajdziecie tutaj:

Słuchawki Aftershokz Trekz – przegląd, kolory, cena

Wersja „MINI” przeznaczona jest na mniejsze głowy, dla dziewczyn. Klasyczne będą pasować na głowy panów 🙂

Bądź ze mną na:

mamaratonka-facebookmamaratonka-instagram

Sandra

mamaratonka.pl, czyli i mama (2x), i maratonka (7x). O tym jest ten blog, o dwóch wielkich radościach: macierzyństwie i bieganiu. Nie zabraknie tu biegowych porad, zdrowych przepisów i życiowych przemyśleń. mamaratonka.pl to miejsce dla ambitnych mam z pasją, w którym wzajemnie będziemy się inspirować, łamać konwenanse jak życiówki, trzymać dystans i żartować… A przede wszystkim wspierać w tym naszym codziennym słodko-gorzkim chaosie.