Rodzina 2+2 plus…2? Cała prawda o nas.

Nie znam rodzica, który nie wydrapał sobie pół włosów na głowie, zastanawiając się, czy wysłać dziecko do żłobka czy zaufać obcej niani… My również się głowiliśmy. Finalnie wybraliśmy model NIANIA, i w przypadku Poli, i Leona. A o ironii losu, która będzie puentą tego tekstu i odpowiedzią czy polecam Wam nianię czy żłobek, napiszę na samym końcu tych historii…

Pola & Mania

Mania, Mania… Pierwsza wesoła historia z Manią, naszą pierwszą, „polową” nianią, była taka, że szukając niani, i ja, i Maciej wydzwanialiśmy po nianiach z taką samą intensywnością. W końcu umówiłam się z Manią na godzinę 13:00, bo – jak dobrze kojarzyła – tego dnia miała już jedną umówioną rozmowę przy naszej ulicy, ale na godzinę 12:00. Pomyślałam, że widocznie jest dobra, bo rozchwytywana. Okazało się, że paradoksalnie umówiła i mnie, i Macieja godzinę po godzinie… Młoda, pewna i konkretna z ciętym językiem. Z pasją uwielbiająca dzieci, ale bez przesłodzonego „ciu, ciu, ciu”. Wzięła Polę pod skrzydła, sama zarządzała czasem, okołodzieciową ogarką i… wychowaniem. Traktowała Polę serio, często wymagająca, nie wyręczająca. Nie trzeba było jej nic mówić, sama doskonale wiedziała co robić, jak robić i co dla dziecka jest najlepsze. Wszystkie mniejsze i większe dylematy wychowawcze omawiałam z nią – strategie naszych zachowań, ryzyka wychowawcze i zagrożenia. Profesjonalistka. Dzień w dzień dostawałam miliony MMSów ze zdjęciami – Pola w piaskownicy, Pola w drewnianym domku, Pola na ławce w parku, Pola na trampolinie. To wspaniałe pamiątki, łatające czas, który poniekąd straciłam będąc w korpo-pracy. Dzięki Mani, praca na często naście godzin, bez żadnej taryfy ulgowej, była do wykonania. Mania sprawiła, że mając milion zawodowych obowiązków nie musiałam się martwić w tym czasie o Polkę. W końcu, kiedy Pola zaczęła chodzić do przedszkola, a ja zaszłam w drugą ciążę, Mania wyjechała za granicę. Do dziś, kiedy razem z mężem, znanym nam jako – cytując Polę – Łajo, są w Polsce, odwiedzają Polę z worem prezentów. Jak najbliższa rodzina – ich odwiedziny to zawsze wielkie wydarzenie. Do tego Maciej został świadkiem na ich ślubie! Powtarzam, podkreślam – oni są jak NAJBLIŻSZA rodzina. W jedną i jak widać – w drugą stronę.

Leon & ciocia Wiesia

Październik 2016 roku. Leon ma dokładnie pół roku, a ja zaczynam kręcić własną, wymarzoną już w liceum, firmę. O tym w szczegółach napiszę niebawem – to właśnie własna działalność zajęła mnie tak bardzo, że swojego czasu praktycznie przestałam biegać… Zgłaszają się dwie duże firmy. Równocześnie. Wyznaję zasadę, że należy brać, kiedy życie podaje ci rękę. Walczyłam jak mogłam: kiedy Maciej wracał z pracy o 18.00, ja jechałam do jego kancelarii, żeby przygotowywać oferty, robić research, pisać strategie. Każdego dnia działałam nad ranem lub po nocach, jak tylko maluchy poszły spać. Kiedy zaczynały się conference calle – przed kamerką komputera udawałam profesjonalistkę, mając na sobie białą koszulę i… spodnie piżamowe. Leona wrzucałam do łóżeczka, a sama grałam businesswoman. To był cyrk na kółkach, który bardzo szybko mnie wykończył… W końcu pod koniec grudnia jak z nieba spadła nam ciocia Wiesia. Przyszła na rozmowę o 12:00, z polecenia od innej dobrej duszy. Rozmowa okazała się formalnością, ciocia zaproponowała, widząc nasz dziki tryb życia, że zostanie z Leosiem do 16:00, żebyśmy mogli pozałatwiać co potrzebujemy. Po godzinie 16:00 zaczęła odbierać telefon za telefonem – dzwoniły jej już dorosłe już dzieci… Każde ciekawe, czy ich mama trafiła do dobrego domu, czy zadowolona… Wszyscy przejęci, a mnie, słysząc jednym uchem te rozmowy, rozpierała radość i podziw jak wspaniałe relacje ze swoimi dziećmi ma (wtedy jeszcze „pani”) Wiesia… My akurat w tym życiowym bałaganie sprzedaliśmy mieszkanie i  byliśmy w samym środku przeprowadzki. Mieliśmy zaledwie trzy dni na przeniesienie całego dobytku do nowego domu. Co zaproponowała ciocia Wiesia? Że może zostać nawet na noc. I została. Maciej zrobił dla niej zakupy pierwszej potrzeby – szczoteczkę, pastę do zębów… Dzięki czemu mogliśmy do czwartej nad ranem wozić kartony do nowego mieszkania, a rano zacząć o 9:00 pracę. Tego wyczynu cioci Wiesi nie zapomnę. Dzisiaj ciocia Wiesia, nadrzędna babcia „Leonia”, jak zwykła na niego mówić, jest ciocią-babcią i Leona, i Poli, a moją warszawską mamą – do mnie też zdarza jej się rzucić „córcia”, co mnie rozczula do kości. Ciocia Wiesia, energetycznie taka jak ja, do tego zawsze niesamowicie pozytywna, zawsze uśmiechnięta, łagodząca nasze temperamenty, wnosząca do domu cudny spokój… To cała ciocia Wiesia. A jakie poczucie humoru ma! Nie dnia, żeby nie zrobiła nam jakiegoś żarciku 🙂 Jako, że nie mamy na miejscu, w Warszawie, naszych rodziców, ciocia Wiesia jest jak brakujące ogniwo naszej rodziny. Zdarza jej się nawet zadzwonić w niedzielę z zapytaniem czy dajemy sobie z dziećmi radę… Codziennie wyznaję jej miłość. Ciocia Wiesia to – czy tego chce czy nie – już nasza rodzina.

Co lepsze – żłobek czy przedszkole?

Ironią losu jest fakt, że zamiast dwóch nowych członków rodziny, których sami wyprodukowaliśmy, dorobiliśmy się… czterech. Mania, która wychowała mocno upartą Polę, ciocia Wiesia, która rozpieszcza naszego rodzyna, króla Leona to dwie najbliższe nam osoby. Osoby, którym bezgranicznie ufamy, które stały się częścią naszej rodziny już na zawsze. Nasze cudowne nianie, nasza cudowna rodzina, nasze brakujące ogniwa…

Nianiusie, jeśli czytacie ten tekst – kochamy Was i dziękujemy!

Bądź ze mną na:

mamaratonka-facebookmamaratonka-instagram

Sandra

mamaratonka.pl, czyli i mama (2x), i maratonka (7x). O tym jest ten blog, o dwóch wielkich radościach: macierzyństwie i bieganiu. Nie zabraknie tu biegowych porad, zdrowych przepisów i życiowych przemyśleń. mamaratonka.pl to miejsce dla ambitnych mam z pasją, w którym wzajemnie będziemy się inspirować, łamać konwenanse jak życiówki, trzymać dystans i żartować… A przede wszystkim wspierać w tym naszym codziennym słodko-gorzkim chaosie.