Dzień Konia nie istnieje! Powrót do formy po ciąży, czyli przegląd poporodowych startów

Kiedy zaczęłam biegać, brałam udział w zawodach ulicznych biegnąc „na czuja”. Suszyłam zęby, przybijając piątki kibicującym dzieciom i cieszyłam się wszystkimi wynikami, które były całkiem fajne, w tej mojej biegowej nieświadomości. Ale bieganie, mimo tego, że amatorskie, jest sportem. A w sporcie chcę się udoskonalać – biegać szybciej, dłużej, lepiej… Kocham biegać i wyciskam z każdego treningu wielką radość i satysfakcję. Jednak przychodzi taki dzień, że po prostu CHCĘ WIĘCEJ. Chcę, a nie mogę… Czyli kilka słów na temat powrotów do formy po ciąży. O biegowym głodzie po ciążowym joggowaniu, o radościach i małych rozczarowaniach – czyli krótki przegląd poporodowych startów.

maraton-powrot-do-formy-po-ciazy-bieganie-mamaratonka-sandra-kaczmarek

5km: Życiówka w 30 urodziny równo 2 miesiące po porodzie.

Nigdy nie skupiałam się na szybkim bieganiu tego dystansu, zawsze biegłam z przypadku – bez treningu szybkościowego, bez celu czasowego. Co wybiegałam było moje. W 2014 roku, czyli w moim pierwszym sezonie biegowym w życiu, pobiegłam na 23 min 49 sek (tempo 4’46”). Później trzy „piątkowe” fun-runy w ciąży, Bieg Ursynowa po porodzie na przetarcie i nagle bieg-niespodzianka, zorganizowany w Inowrocławiu, dokładnie w dniu moich 30. urodzin. Biegliśmy ze znajomymi i z dziećmi w wózkach biegowych. Słońce, radość i „Can’t Stop The Feeling” Timberlake’a w głośniku. Ruszyliśmy, Doris przejęła mój wózek z Leonem rzucając „biegnij, masz urodziny!”, Maciej mnie ostro podpuścił wyprzedzając mnie na samym początku. „Hola, hola, kochaniutki, to moje urodziny!”. Biegł z Polą w wózku, a ta bystra bestia, skutecznie utrudniła mu bieg wyrzucając z wózka to jednego bucika, to drugiego… Zaczęłam biec szybciej – bez zegarka z tempem, bez paska HR. Biegłam, biegłam i… wybiegałam nową życiówkę na 5 km: 23 min 32 sek (4’42”)! Dokładnie w moje 30. urodziny, równo dwa miesiące po narodzinach Leona. Zajęłam 6.miejsce OPEN, dostałam pierwszą w życiu statuetkę i poklepałam się po plecach. Jednak z tego biegu najbardziej zapamiętam samą metę… Od pana prowadzącego imprezę otrzymałam kwiaty, a cały stadion odśpiewał 100 lat… Popłakałam się, całość była wspaniale wyreżyserowana przez mojego M. Maciuś, ten weekend i bieg to była jedna z najlepszych niespodzianek w moim życiu!

maraton-powrot-do-formy-po-ciazy-bieganie-mamaratonka-sandra-kaczmarek

maraton-powrot-do-formy-po-ciazy-bieganie-mamaratonka-sandra-kaczmarek

10km: Jeśli się skupisz, to pociśniesz.

W kwietniu 2015 roku, rok od rozpoczęcia przygody z bieganiem przebiegłam 10 km w 46 minut. Yeah. W lipcu zaszłam w ciążę i…szybsze bieganie się skończyło. Z jednej strony miałam mnóstwo frajdy w ciążowym bieganiu, ale z drugiej brakowało mocniejszych akcentów, walki z samą sobą, satysfakcji po nowych życiówkach. I nadszedł ten dzień, kiedy już nie trzeba uważać, można biec, czuć wiatr we włosach i spocić się mocniej. Stanęłam na starcie Biegu Powstania Warszawskiego w dokładnie 2,5 miesiąca po porodzie. To miał być sprawdzian na 10 km. Nie miałam pojęcia na co mnie stać, bo nie biegałam jakościowo. Biegałam, żeby biegać. Cel, który by mnie satysfakcjonował: złamać 50 min. Skończyło się na 50 min i 6 sek. Myślałam, że jeśli zacisnę zęby, skupię się bardziej w trakcie biegu to po prostu pobiegnę. Ale prawdę powiedziawszy – liczyłam na ZNACZNE złamanie tych 50 minut. Not this time, babe.

Półmaraton: Wybieganie w tropikach

Oczywiście, że miałam zakusy na jakieś życiówki! Kamil trener tylko się zaśmiał. „Występ” na BMW Półmaratonie Praskim (pełna relacja tutaj: BMW Półmaraton Praski) nazwałabym treningowym wybieganiem z kontuzją kostki w tropikach. Tyle w temacie. Not this time, babe.

Maraton nr 1/2016: Warszawa. Dzień Konia nie istnieje?

Dwa miesiące przed maratonem wpadłam na pomysł, żeby ktoś mi pomógł. Zgłosiłam się do trenera Kamila i on przejął temat. Ja miałam biegać, a on mówił mi jak. Czasu było bardzo mało, więc rzeźbiliśmy w tym, co dotychczas wybiegałam na luzie. Poszłam na badania wydolnościowe i tam czarno na białym zobaczyłam, w jakiej jestem formie. Dowiedziałam się także, że Dzień Konia nie istnieje, i że nie pobiegniesz mocniej niż pokazują diagramy. Ale to do mnie nie do końca dotarło. Do maratonu czasu jeszcze troszkę było, wydawało mi się, że coś wyrzeźbię. Taka ze mnie brawurka, że wyrzeźbiłam jak wiecie, całą MINUTKĘ (pełna relacja tutaj: Maraton w MINUTKĘ). I jasne, że super, bo życiówka, bo jestem świeżo po porodzie, bo mam się cieszyć, że w ogóle mogę biegać. Ja to wszystko wiem i jestem naprawdę szczęśliwa. Ale bieganie jest jak związek – czasem mamy lepsze dni, czasem gorsze. I to jest ekscytujące! To mnie napędza. Ten maraton po prostu nie był perfekcyjną randką. Poprawiłam życiówkę o MINUTKĘ, a śniły mi się wielkie zegary zawieszone tuż nad dmuchaną bramą z wielkim napisem META pokazujące 3h 44 min i 59 sekund. NOT THIS TIME, BABE.

Maraton nr 2/2016: Poznań. Dzień Konia NIE ISTNIEJE, głupia!

Przed maratonem w Poznaniu planowałam napisać klasyczną relację na bloga. Jednak zaraz po biegu stwierdziłam, że zwyczajnie nie ma sensu zanudzać przydługawym maratonem na zaliczenie. Bo na tym poznańskim zrobiłam życiówkę. Pobiłam własny rekord w najdłuższym marszo-biegu na dystansie maratonu ever – 4h 19 min. Yeah. Pytając Kamila trenera czy mogę biec ten bieg „normalnie” dostałam burę. Z komentarzem „będzie bardzo ciężko” w gratisie bez proszenia. Po pierwszych 5 kilometrach już wiedziałam, że moje nogi nie zregenerowały się po maratonie warszawskim sprzed dwóch tygodni tak jak sobie tego życzyłam. Dlatego odpuściłam walkę o czas i momentalnie przeszłam do pierwotnego planu „maraton na zaliczenie do Korony Maratonów Polskich”. Sam bieg był piękny. To był MÓJ Poznań. Moje miasto, każda ulica, każdy kąt łączył się z jakąś historią. Przybijałam dzieciom piątki, nie wierzyłam, że ludziom chce się kibicować w tak deszczowo-wietrzną pogodę! Kibice byli FANTASTYCZNI! Wiele sentymentalnych historii przewinęło mi się przez głowę. Podziwiałam moje miasto i cieszyłam się widokami. Oczywiście do czasu, kiedy zaczęłam cierpieć 😉 Na 30. km moje przyjaciółki masowały mi plecy, jak tylko zorientowały się, że zagrzewanie mnie do walki nie ma sensu.

maraton-powrot-do-formy-po-ciazy-bieganie-mamaratonka-sandra-kaczmarek

Na 34. km spotkałam Maciusia z transparentem mamaratonka.pl, zdążyłam założyć Poli kaptur na głowę, wycałować wszystkich i jakimś cudem ponownie wprawić betonowe (i zziębnięte) ciało w ruch. Na 40. km maszerując z poziomem woli walki MINUS 10, śmiałam się przez łzy z moimi przyjaciółkami, już nie kibicującymi niczym amerykańskie cheerleaderki, z tego, że właśnie minął mnie zając na 4h 15 min. Metę przekroczyłam z moim Maćkiem za rękę. I to była największa nagroda za ten bieg. Mogłam od razu wypłakać mu się w rękaw, powiedzieć, że boli mnie wszystko i, tradycyjnie, że to był ostatni maraton w moim życiu. Maraton to maraton. I boli, bez znaczenia w jakim czasie przebrnę te 42 kilometry z hakiem.

maraton-powrot-do-formy-po-ciazy-bieganie-mamaratonka-sandra-kaczmarek

Hej, a co z Dniem Dzika?

Wniosek z tego taki, że Dzień Konia nie istnieje. Biegasz to, na co jesteś przygotowany. Zobaczymy jeszcze co wybiegam w Biegu Niepodległości 11 listopada na 10 km. No właśnie „zobaczymy” 😉 Nie zapominajmy, że mamy jeszcze Dzień Dzika!

maraton-powrot-do-formy-po-ciazy-bieganie-mamaratonka-sandra-kaczmarek

Film z maratonu, bardzo wzruszający… Obejrzyjcie koniecznie z włączonymi głośnikami:

Sandra K.

mamaratonka.pl, czyli i mama (2x), i maratonka (7x). O tym jest ten blog, o dwóch wielkich radościach: macierzyństwie i bieganiu. Nie zabraknie tu biegowych porad, zdrowych przepisów i życiowych przemyśleń. mamaratonka.pl to miejsce dla ambitnych mam z pasją, w którym wzajemnie będziemy się inspirować, łamać konwenanse jak życiówki, trzymać dystans i żartować… A przede wszystkim wspierać w tym naszym codziennym słodko-gorzkim chaosie.